Biografowie Sosnkowskiego prześlizgują
„Biografowie Sosnkowskiego prześlizgują się nad tak ważną nocą po śmierci Piłsudskiego — nocą z 12 na 13 maja 1935 r. A istniała wśród współczesnych, istnieje również i dziś wśród historyków opinia, że ludzie, którym przypadło wtedy ustalać sukcesję po dyktatorze, po prostu obawiali się indywidualności Sosnkowskiego. Obok Władysława Sikorskiego jedynie Sosnkowski był działaczem, którego poprzednio zajmowane stanowiska oraz format jako człowieka, polityka i wojskowego, rozległość horyzontów, jak również dowiedziona już energia i talent organizacyjny predysponowały do odegrania pierwszoplanowej roli w dobie, gdy nad przyszłością II Rzeczypospolitej coraz posępniejsze gromadziły się chmury.
Przypomiano sobie rozdźwięk między Piłsudskim i Sosnkowskim, panujący od 1925 r., by następcą Komendanta ogłosić wieloletniego inspektora armii w Wilnie, gen. dyw. Edwarda ŚmigłegoRydza. Znamienne, że w tym wyborze na politycznie najbardziej ważkie w Rzeczypospolitej stanowisko nie przeszkadzała okoliczność, że zgasły dyktator nigdy nie odczuwał szczególnego nabożeństwa do politycznych kwalifikacji tego, kogo wskazali na sukcesora „samotnika belwederskiego". A to z kolei każe nam z uwagą potraktować wyrażaną już od 1935 r. opinię, iż rzeczywistą podstawą decyzji uczestników „nocy belwederskiej" było przekonanie, iż Edwardem SmdgłymRydzem, politykiem mniej doświadczonym i ogólnie mniejszego formatu, łatwiej będzie sterować niż Kazimierzem Sosnkowskim. Być może dziewięć lat spędzonych w cieniu Józefa Piłsudskiego nawet jego najbliższych wtedy współpracowników zniechęciło do zbyt silnych indywidualności w Belwederze.“(1)
| Azymut odwrotny różni >>>>